Skok adrenaliny

Ciekawość, adrenalina, chęć doświadczenia odczucia oddziaływania przyciągania ziemskiego a co za tym idzie spadania ze znaczną prędkością. Tymi określeniami ująłbym skok na bungee czy na spadochronie.

Będąc jeszcze na studiach ktoś kiedyś w akademiku rzucił pomysł aby skoczyć na spadochronie. Dla mnie, jako osoby co na co dzień ma problem z wysokością, było to takie odległe marzenie. Od tego czasu marzyłem o tym aby skoczyć na bungee i skoczyć na spadochronie.

Skok na bungee udało mi się zrealizować w pierwszym roku zaraz po studiach. Jeszcze we Wrocławiu w trakcie juwenaliów jedną z atrakcji były skoki na bungee. Pewnie gdybym tego dnia nie przyjechał spóźniony na koncerty i spotkanie z kolegami to nie zrobiłbym tego. Jednak zrobiłem to tego dnia i również mój kolega Jacek. Kolejnego dnia jeszcze skoczyli Łukasz i Seba. Skok z 43 metrów zrobił na mnie ogromne wrażenie. Świadomość wjeżdżania dźwigiem na wysokość 43 metrów, gdzie na dole są tysiące ludzi i myśl „a jeśli nie skoczę i będę musiał zjechać? – to będzie wstyd”. Wjeżdżając patrzyłem przed siebie i powtarzałem sobie w myślach „nie patrz w dół, nie patrz w dół”. Nagle ukazały się czubki drzew i świadomość tego, że już jest się naprawdę wysoko przerodziły się w myśl „to ci się chłopie zachciało extream”. Po wjechaniu i usłyszeniu „raz, dwa, trzy bungee” przechyliłem się i… W tym momencie miałem chęć się cofnąć, lecz było już za późno. Następnego dnia napisałem do mojej mamy smsa o tym, że „z takich większych marzeń pozostał mi skok na spadochronie” odpisała, że jeszcze całe życie przede mną.

Dobrze, że z biegiem lat tych marzeń pojawiło się znacznie więcej bo skok na spadochronie zaliczyłem 30 kwietnia w 2011 roku na lotnisku w Bednarach.

O tym, że będę skakał wiedział tylko mój szwagier, który był wtedy również na lotnisku i samemu skacze również. Skakałem w tandemie z gościem o ksywce Dragon, mającym na swoim koncie tysiące skoków. Po dokonaniu wpłaty, krótkim instruktażu, podpisaniu papierów, że nie będzie się miało, żadnych roszczeń, gdyby coś się przytrafiło udaliśmy się do samolotu. Jako jedyny skakałem wtedy w tandemie. Spięci w dwójkę siedzieliśmy na końcu samolotu. Po chwili lotu, kiedy obiekty na ziemi wydawały mi się już naprawdę małe „Dragon” pokazuje mi wysokościomierz i mówi, że jesteśmy właśnie w połowie wysokości. Szybsze bicie serca i myśl „skoro powiedziało się A to trzeba powiedzieć B”. Na wysokości 4 000 m pierwsi wyskoczyli indywidualni skoczkowie, na koniec my. Niby mieliśmy usiąść na krawędzi i skoczyć „na trzy” ale pewnie był to celowy zabieg psychologiczny bo „na dwa” już polecieliśmy. Swobodne spadanie z prędkością ponad 200 km /h robi ogromne wrażenie. Do tego była świetna pogoda więc nie pozostało nic innego jak cieszyć się tą wolnością.

Jeśli chcecie zobaczyć jak to wyglądało to zapraszam do obejrzenia poniższego filmu:

IMG_7051

Mając porównanie skoku na bangee i na spadochronie to moim zdaniem zdecydowanie ciekawszy i dostarczającym dłużej i więcej wrażeń jest skok na spadochronie. W razie jakichś problemów jest też więcej czasu na reakcję i możliwość otwarcia zapasowego spadochronu. Dlatego jeśli ktoś z Was jeszcze nie skakał ani na jednym ani na drugim a ma dylemat, które wybrać to niech wybiera spadochron. Może nie jest to tania forma spędzenia czasu lecz naprawdę warto zrezygnować „z kilku wyjść na miasto” i doświadczyć tego uczucia. Teraz marzy mi się skok na dream jumping przy czym raczej jeszcze nie jestem na to gotowy.

Jeśli zastanawiacie się gdzie skoczyć z czystym sumieniem polecam www.aff.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *